środa, 24 listopada 2010

Deftones- Diamond Eyes

 

1. Diamond Eyes 
2. Royal
3. CMND/CTRL
4. You've Seen The Butcher
5. Beauty School
6. Prince
7. Rocket Skates
8. Sextape
9. Risk
10. 976- EVIL
11. This Place Is Death 

  Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem a potem zobaczyłem teledysk do "Rocket Skates". Zwariowałem! Nie miałem nadziei, że krążek powstanie w najbliższym czasie- wiedziałem w jakim stanie jest Chi Cheng. A tu nagle taka niespodzianka. Skład zasilił tymczasowo Sergio Vega (Quicksand) ale nie odstaje od zespołu ani trochę. 
  Panowie po wydaniu opusa pod tytułem "White Pony" trochę stanęli w cieniu- album "Deftones" mimo fajnych kompozycji był raczej zachowawczy- powiew świeżości gdzieś się ulotnił, wiadomo ciężko nagrać jedno arcydzieło po drugim. Potem dostaliśmy płytkę z rarytasami, coverami i zmienionymi wersjami deftonesowatych klasyków. To była taka miła przystawka przed ich największym eksperymentem w karierze jakim był long "Saturday Night Wrists" Album mnie powalił- był rozstrzelony stylistycznie jak się da i ukazał się w czasie Gwiazdki- sprawiłem więc sobie cudowny prezent. Po tym albumie pojawiło się pytanie czy to był pojedynczy wyskok ze strony Chino i kumpli czy nowy kierunek. Odpowiedź jednak nie przyszła. Kiedy byli w trakcie nagrywania roboczo zatytułowanego albumu "Eros" doszło do wypadku który spowodował śpiączkę u Chi. Kiedy panowie się pozbierali , skasowali niemal ukończony materiał i zabrali się do komponowania od zera wraz z wspomnianym Vegą. 
  Owoc tej pracy wyszedł- co tu dużo mówić- magiczny. Ten rok należy zdecydowanie do nich. Są silniejsi niż w okresie "WP" (wtedy nakręcały ich dragi), Chino schudł a za ich teledyskami nie nadążam. (już wyszły 4 single z jakże malarskimi teledyskami do nich). A sama muzyka... Jak zwykle prześledzę kawałek po kawałku. 
  "Diamond Eyes" zaczyna się masywnie, wiele się już naczytałem o "meshuggahowatości" prowadzącego riffu i coś w tym jest- sąsiaduje on jednak z zaraźliwą i piękną melodią i oczywiście przeszywającym śpiewem Chino. Znakomity opener.
  Drugi w stawce "Royal" przywodzi na myśl czasy "Around The Fur"- pan wokalista chce się wykrzyczeć jak za starych dobrych czasów na tle fajnie zasuwających gitar no i oczywiście pojawiają się charakterystyczne zaciągnięte wokale. 
  Podobny patent jest w komputerowo zatytułowanym "CMND/CTRL"- tu intuicyjnie moje myśli sięgają do "Adrenaline"- pojawia się bowiem coś na kształt hardcoreowej wywrzeszczanej rapowanki- panowie przypominają o swoich nu metalowych korzeniach z dobrym skutkiem. 
  Słowo "seksowny" oddaje klimat "You've Seen The Butcher". Można by spokojnie dorzucić słowa "gorący" "perwersyjny" czy "duszny". Piosenka jest oparta na zapętlonym tłustym motywie który hipnotyzuje i automatycznie każe wcisnąć "repeat! repeat! repeat!" Koncertowy killer, przy okazji sportretowany krwawym klipem od którego nie można oderwać oczu- przy całej swej perwersji jest tak zmysłowo, wręcz poetycko zrobiony. 
  "Beauty School" jest banalnie ujmując piękny. Nie jest to ballada ( nigdy w sensie stricte takowej nie popełnili wg mnie), ma w sobie ładunek emocji którym można by obdzielić kilka albumów kapel chcących podbić niewieście serca. Jak zwykle chłopaki pokazują jak wielkie wyczucie melodii mają nie popadając w patetyczność i tak zwane "emo". 
  Mamy też na albumie ukłon w stronę Białego Kucyka. "Prince" przypomina "RX Queen" z tego albumu- podobny riff ale inny wydźwięk utworu- tam była elektronika tu harde riffowanie. Ciekawy zabieg- widać nostalgię u panów za dekadą która już nie wróci a jednocześnie nie ma mowy o odgrzewaniu kotleta. 
  "Guns! Razors! Kniveeeeeeees!!! Fuck With Me!" tak można by podsumować "Rocket Skates"- to utwór do wyskakania się, wyszalenia- klasyk w repertuarze już w momencie pierwszego odsłuchania- manifest siły, powrotu z tarczą i wciąż nie spożytej młodzieńczej energii! Fuck Yeah! 
  Znowu będzie o seksie. Nie da rady inaczej. Kolejny Deftonesów wyskok w kierunku piękna. Seksowny wyskok. "Sextape"
Do tego kawałka powstał taki obrazek, że już nie trzeba się faszerować dragami- wystarczy w nieskończoność oglądać tą impresję i słuchać- faza murowana. Ale nie zapominajcie się słuchacze przed nami jeszcze trzy utwory! 
  "Risk" jest taki kosmiczno- falująco- podwodny. I ma chyba najważniejszy tekst. Tekst skierowany do Chi. Poszukajcie go- w sumie kto pobieżnie zna angielski ten będzie wiedział o co chodzi- w tej prostocie tkwi metoda. 
  I falujemy także podczas "976- EVIL" z przepięknym refrenem i świetnym wyciszeniem około trzeciej minuty. Dziwny jest tytuł utworu, poszukajcie o co kaman.
  Na finał mamy pachnący progresywnym metalem "This Place Is Death"- jest na swój sposób dostojny, podniosły i zgodnie z tytułem mroczny acz pociągający. Potem, możemy jedynie odpalić płytę ponownie i popaść w trans.
  Deftones A.D. 2010 jest zespołem, który przeżywa drugą młodość i wspina się na artystyczne wyżyny zachowując jednocześnie ducha nawet swoich najwcześniejszych dokonań. Po "SNW" czekałem na ich nowy kierunek artystyczny. Teraz nie czekam, Diamentowe Oczy podsumowały ich wszystkie dotychczasowe dokonania- jestem w pełni syty. 10/10 i oficjalny status Mojej Płyty Roku. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz