
1.So Did We
2.Backlit
3.In Fiction
4.Wills Dissolve
5.Syndic Cals
6.Altered Course
7.Grinning Mouths
Isis był, jest i będzie zespołem niezwykłym. Poczynając od początkowych EPek utrzymanych w konwencjach ocierających się o sludge a nawet drone po ostatni split z Melvins będący jakby post scriptum do Wavering Radiant (na splicie są dwa niezwykle melodyjne kawałki "Way Though Woven Branches" i "Pilable Foe"- kto nie zna niech poszuka na YT) penetrował muzykę o której można powiedzieć "kosmiczna" "nieziemska" "dotknięta Bożym palcem". Nie, nie przesadzam i nie unoszę się. Świadczy o tym dobitnie monolit nr 3- "Panopticon", który każdym dźwiękiem potwierdza, że muzycy musieli dostąpić jakiegoś objawienia. Zresztą moc chłopaki wykorzystali maksymalnie- zakończyli karierę w odpowiednim momencie po wydaniu wyżej wspomnianego "WR".
Zaczyna się od uderzenia w postaci genialnego "So Did We"- Isis był zespołem tworzącym koncept albumy wiedzącym jak opowiedzieć daną historię tak by wciągnęła od pierwszego do ostatniego dźwięku. Potężny ryk Aarona Turnera może zniechęcić przerazić słuchacza któremu metal kojarzy się z darciem japy, jest to jednak akcent podkreślający dramatyzm albumu- nawet nie znając jego koncepcji (ja nie zdradzę mam kilka teorii na temat historii tam opowiedzianej) można szybko stwierdzić, że obcujemy z czymś niezwykłym, nadnaturalnym. Kompozycja jak to u Izydy zwykle bywało miarowo się rozkręca doprowadzając słuchacza do ektazy w finale.
Niepozornie zaczyna się "Backlit"- wręcz słonecznie. Tytuł utworu oznacza "podświetlony" i nie da się ukryć, że w utworze tym jest mnóstwo światła którego promienie tak genialnie przebijały się potem w następnych dwóch albumach. Oczywiście ryk Aarona jest obecny i nadaje temu słońcu odpowiedniego majestatu.
Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem teledysk do "In Fiction". Był dokładnie taki jak piosenka. Jakby skradały się w nim jakieś cienie. Jakby było w niej coś niepozornego acz groźnego. Nie złowieszczego- piosenka ma cudowną melodię, która dla mnie mogłaby się ciągnąć w nieskończoność. Jakże niezwykłą broń obrał zespół- statyczność kompozycji podbudowywana stopniowanym napięciem wcale nie tak gwałtownym intensyfikowaniem dźwięków. Zabawa motywem przewodnim. Wiem, że to nie nowość, wiem że Tool, Cult Of Luna czy Neurosis stosują podobny patent ale po pierwsze Tool ma większe zacięcie do skakania i łamnia rytmu, COL naznaczają swą twórczość charakterystyczną chropowatością (wokal i brzmienie) a Neurosis wiadomo- monotonię zamienia w totalną hipnozę. Isis ma w sobie inny pierwiastek. Każdy kto słuchał "Oceanic" czuł jak woda otacza go ze wszystkich stron- Izyda ma w sobie w pewnym sensie dużo "fauny i flory"- emocje w utworach mają swoją namacalną fakturę.
Czwarty utwór- "Wills Dissolve" jest dla mnie takim wyciszeniem- jest w dużej mierze instrumentalny i najkrótszy w zestawie (6 minut z hakiem)- pozwala ochłonąć po molochu złożonym z trzech pierwszych utworów ale nie ma mowy o tym, że jest jakimś wypełniaczem- ma bardzo urokliwą choć również skradającą się melodię. Przygotowuje słuchacza na to co zaserwuje...
... prawie dziesięciominutowy "Syndic Calls"! Konsekwencja w budowaniu tego utworu budzi prawdziwy podziw. Wiadomo, że największą wadą kapel parającą się "rockiem/metalem progresywnym" jest często monotonia wiejąca z ich albumów. Szczerze? Mam tak podczas słuchania Dream Theater- fajnie grają ale często jest to zwyczajny przerost formy nad treścią i zaczynam się gubić w motywach i motywikach w konsekwencji przysypiając. Wolę pierdolnięcie Meshuggah, którzy przecież też nie robią trzyminutowych petard a w utworach po nawet 7-9 minutowych stawiają na konkret. I tak też jest z Isis- to muzyka konkretna skierowana do słuchacza w pewnym sensie wrażliwego, wyrafinowanego traktującego muzykę jak sztukę a nie, że "słucha się fajnie w samochodzie". Isis tego na pewno nie ułatwia bowiem z jednego molocha przechodzi do drugiego...
"Alterd Course"- utwór nr 6 trwa także w okolicach 10 minut. Intensywna praca gitar odsyła mnie w okolice "Oceanic"- gdzieś mi tam pobrzmiewa nawet "Carry" z tego albumu. Płynie sobie ten utwór w nieznane w dużej mierze oparty też na bębnach... Acha no i w tym utworze jest gość. Wybitny gość. Partie basu gościnnie wyszły z pod palców Justina Chancellora- wiadomo Tool. Warto także podkreślić, że jest to utwór całkowicie instrumentalny ale zupełnie nie odczuwa się braku wokalu- Aaron Turner wie doskonale gdzie jego miejsce. Cały zespół wie jak poprowadzić album do finału.
Przewrotny ma tytuł ostatni utwór- "Grinning Mouths" wcale mi nie do śmiechu, że album się kończy. Jest na tyle magiczny, że przykro mi, że się kończy choć zdaję sobie sprawę, że naprawdę wszystkie nuty już wybrzmiałby i więcej nie potrzeba. Finał to kolejna rozmarzona impresja naładowana po brzegi emocjami, eksplodującą końcówką która w momencie urwania się pozostawia słuchacza z wielkim WTF na twarzy. Gdzie ja byłem? Gdzie zniknąłem na ten czas? Co ja tu robię? Właśnie tak podchwytliwie czarował Isis przez swój okres działania.
Magia, natura, niesamowita aura, melodia, zgrzyt, mrok i światło, wrzask, szept. Mieszanka równie niebezpieczna bo wciągająca bez reszty. Nie wiem czy chciałbym powrotu zespołu. To podobna sytuacja jak z System Of A Down. Mogą wrócić z tarczą lub na tarczy, na dzień dzisiejszy jestem zachwycony 5 znakomitymi albumami. W swoim czasie pod lupę wezmę pozostałe ich dokonania. Tymczasem bezapelacyjne 10/10 dla "Panopticonu". Amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz